czwartek, 9 lipca 2015

der König

Wiersz Rainera Marii Rilke. Rzecz jest o pozorach. Jedyny utwór tego poety, który mi się podoba. Chociaż myślę, że obyło by się bez drugiej strofy; niewiele wnosi. Tłumaczenie moje. Nie zachowałam rymów ani liczby sylab; celem była maksymalna ścisłość przekładu.

der König
Der König ist sechzehn Jahre alt.
Sechzehn Jahre und schon der Staat.
Er schaut, wie aus einem Hinterhalt,
vorbei an den Greisen vom Rat

in den Saal hinein und irgendwohin
und fühlt vielleicht nur dies:
an dem schmalen langen harten Kinn
die kalte Kette vom Vlies.

Das Todesurteil vor ihm bleibt
lang ohne Namenszug.
Und sie denken: wie er sich quält.

Sie wüssten, kennten sie ihn genug,
dass er nur langsam bis siebzig zählt
eh er es unterschreibt.


Król

Król ma szesnaście lat.
Szesnaście lat i już kraj.
Patrzy, jak gdyby z zasadzki,
na starców z rady

w sali wewnątrz i gdziekolwiek
i czuje być może tylko to:
na wąskim, długim, twardym podbródku
zimny łańcuch z Runa.

Wyrok śmierci pozostaje przed nim
długo bez podpisu.
A oni myślą: jak on się torturuje.

Wiedzieliby, gdyby go dostatecznie znali,
Że on tylko powoli liczy do siedemdziesięciu
zanim podpisze.

piątek, 3 lipca 2015

Nie mój romantyzm

„Romantyzmów” było (jest?) co najmniej tyle, ile romantyków. Wersja „Byronowska”. „Walterscottowska”. Jenajska. Patriotyczna. Ludowa. Ciemna. Gotycka. Frenetyczna. Orientalna. Mistyczna. Mesjanistyczna. Rewolucyjna. Ironiczna. I poważno-ponura. „Pieśni Osjana” niestety zaliczają się do tej ostatniej kategorii.

Dzieło to, wielka mistyfikacja, odegrało w historii dużą rolę, mimo że wcale nie było przekładem gaelickiego rękopisu pochodzącego z trzeciego wieku, jak utrzymywał Macpherson. Adam Zamoyski: „Osjan otworzył nowe obszary wyobraźni. Odwrócił uwagę od związanego z Morzem Śródziemnym i łaciną świata klasycznego, który zdawał się wykluczać Niemców, i skierował ją ponownie na tonącą w mgłach Północ. Nadał zmysłowy charakter wiatrowi i deszczowi”. Waldemar Łyskiak: „Łgarz Macpherson dokonał wielkiej rzeczy: stworzył apokryf XVIII wieku, fałszerstwo, które uskrzydliło dusze wszystkich Romantyków, i które miało olbrzymi wpływ inicjujący tudzież stymulujący wobec Romantyzmu, bo wzbudzało zainteresowanie Średniowieczem i poezją ludową (dwa ważne atrybuty doktryny romantycznej) i wyzwoliło Niagarę literackich oraz artystycznych działań”. Słowem, bez tej książki nie byłoby sporej części literatury romantycznej, w tym być może „Lilli Wenedy” (a gdyby nawet istniała, to zapewne bez harfiarzy i Derwida, czyli w zupełnie innym kształcie). Nie byłoby niektórych obrazów, m. in. Ingresa i Gerarda. Podejrzewam, że nie byłoby też serialu „Wikingowie”, „Pieśni lodu i ognia”, ani zespołu Omnia (czyli zainteresowania sagami, literatury fantasy ani muzyki celtyckiej). Oto siła jednego apokryfu…

Jak widać, rzeczone dzieło jest historycznie doniosłe. Jednakże podzieliło los wielu bestsellerów z początku dziewiętnastego wieku (np. powieści pani de Stael i pani Sand), czyli nieliczne istniejące egzemplarze (najczęściej wydań sprzed pół wieku) trafiły na półki bibliotek, skąd rzadko ktokolwiek je wyciąga. Po lekturze mogę stwierdzić tylko: i bardzo słusznie. Książkę tę obciążam wyłącznie jednym, lecz poważnym zarzutem: jest koszmarnie nudna. Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest uskarżanie się gimnazjalisty, że w Sienkiewiczu czy Orzeszkowej jest „za dużo opisów”. Chodzi o to, że wszystkie postaci są niemal identyczne, kolejne pieśni nierozróżnialne, a każda bohaterka „białopiersia”.

Już jej nie nazwie nikt w pieśni dziewczyną,
Lecz musi nazwać posępnie dziewicą,
A kochanek jej, jak Fingal lub Ryno,
W chmurach skłębionych igra z błyskawicą

Autor ani na chwilę nie porzuca swojego poważno-ponurego tonu. Tej książki się nie czyta – przez nią się brnie jak przez moczary. Proces lektury można by też porównać z błądzeniem we mgle – cały czas identyczna biel przed oczyma, a do celu, czyli ostatniej strony, wciąż daleko. Pozostaje pytanie, jakim cudem mogło się to podobać Goethemu, Mendelssohnowi, Jeffersonowi i Napoleonowi. Cóż, de gustibus…
Anne-Louis Girodet de Roussy-Trioson Apoteoza bohaterów francuskich poległych za ojczyznę (Osjan wita bohaterów francuskich), 1801, Malmaison Château

wtorek, 30 czerwca 2015

Mushrooms

Znalezione w którymś zbiorku Sylvii Plath. Najciekawszy, moim zdaniem, wiersz tej autorki. Można powiedzieć, że to utwór-zwiastun. Rewolucji, oczywiście.

Overnight, very
Whitely. discreetly
Very quietly

Our toes, our noses
Take hold on the loam,
Aquire the air.

Nobody sees us,
Stops us, betrays us;
The small grains make room.

Soft fists insist on
Heaving the needles,
The leafy bedding,

Even the paving.
Our hammers, our rams,
Earless and eyeless,

Perfectly voiceless,
Widen the crannies,
Shoulder through holes. We

Diet on water,
On crumbs of shadow,
Blend-mannered, asking

Little or nothing.
So many of us!
So many of us!

We are shelves, we are
Tables, we are meek,
We are edible,

Nudgers and shovers
In spite of ourselves.
Our kind multiplies:

We shall by morning
Inherit the earth.
Our foot's in the door.

Uprawa pieczarek.

piątek, 12 czerwca 2015

Chmury

Wiersz "Chmury" Juliusza Słowackiego. W temacie powstało wiele utworów, choćby "Nad wodą wielką i czystą" Mickiewicza, "Obłoki" Miłosza, "Chmury" Szymborskiej, "Obłoki nad Ferrarą" Herberta. Słowackiego zamieszczam ze względu na fenomenalny czterozgłoskowiec, przez który wiersz wybrzmiewa błyskawicznie. I za cudowne piękno, zwiastujące Króla Ducha.

Obraz poniżej to "Cmentarz żydowski" Jacoba van Ruisdael. Istnieją jego dwie wersje; ja zamieszczam drezdeńską (chyba mniej znaną) - z uschniętym drzewem, bardziej wartkim strumieniem i bledszą tęczą. Krajobraz powstał w głowie malarza, nie jest to więc "zdjęcie" jakiegoś widoku. Od czasu namalowania dzieło ściemniało mocno, kolory nie łączą się już tak harmonijnie, jak niegdyś. Z ciekawostek: zauważyliście, gdzie podpisał się autor?

                                               Chmury

                                               Do was, chmury,
                                               Wzrok ponury
                                                    Skrą i łzami!
                                               Sam na ziemi
                                               Pod czarnemi
                                                    Chmur wiankami.

                                               Jak duch trumny,
                                               Smutkiem dumny,
                                                    Nad szmer domów,
                                               Trzymam skronie
                                               Tam - w koronie
                                                    Chmur i gromów.

                                               Gdzie wam droga,
                                               Chmury Boga!
                                                    Mnie weźmiecie.
                                               Bo ja ciemny,
                                               Mgłą tajemny,
                                                    Sam na świecie.

                                               Tam! za wami,
                                               Gdzie wichrami
                                                    Burza kręci,
                                               Łzą do łzawic,
                                               Do błyskawic
                                                   Skrą pamięci.

                                               Lecę! błyskam!
                                               Skrami ciskam,
                                                    Jutro zmarły.
                                               Patrzcie na mnie,
                                               Żyjcie za mnie,
                                                    Ludzie! karły!

                                               Tu wam, ludzie,
                                               Na ziem grudzie
                                                    Mogił grzędy:
                                               Gdzie chmur droga
                                               Z wichrem Boga
                                                    Mnie tamtędy!

Veytoux, 21 lipca wieczór, 1835 r.

1655/1660, olej na płótnie, 84 x 95, Drezno, Staatliche Kunstammlungen, Gemaldegalerie Alte Meister

czwartek, 11 czerwca 2015

Gra niewarta świeczki i cień Dostojewskiego

Swego czasu dostałam na urodziny dwie książki kwalifikujące się jako „długie” (w mojej ocenie powieść „krótka” ma do 200 stron, „długa” powyżej 500, a „bardzo długa” powyżej 900). Według okładek autorem pierwszej książki był „jeden z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki”, którego każda książka „jest entuzjastycznie przyjmowana przez czytelników i krytykę”. Drugi „za swoich mistrzów uznaje Dostojewskiego, Lwa Tołstoja, Dickensa”, co ma chyba przekonać czytelnika, że obcuje z kulturą wysoką. No cóż. Rzeczone cegły to „Gra o Tron” George’a R. R. Martina i „Cień wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna.

Dawno, dawno temu w Westros żyło sobie mnóstwo szlachetnych rodów, z których każdy miał swoje interesy, które zbyt często okazywały się zupełnie sprzeczne. Dawno, dawno temu był sobie Żelazny Tron, wykłuty podobno z tysiąca mieczy, na którym wiecznie chciało siedzieć więcej osób, niż się mieściło. A teraz fabuła w pigułce: wojny, intrygi, zbrodnie i romanse. Czyli tematyka pozornie obiecująca.

Nie tak dawno temu w Barcelonie żyli księgarz, syn, pisarz, inspektor i jeszcze kilka osób. Książka ta to właściwie dwie przeplatające się, połączone analogiami historie o wspólnym końcu. Trochę w stylu kryminału, bo o kolejnych faktach dowiadujemy się razem z odkrywającym przeszłość głównym bohaterem. Czas: lata 1945-1966. Miejsce: Barcelona.

Zetknęłam się z określeniem cyklu „Pieśń lodu i ognia” mianem „szekspirowski”. Coś w tym jest – w końcu i tu i tu mamy mnóstwo intryg, trupów i bohaterów, których nie sposób spamiętać (jeśli ktoś nie zgadza się z moją opinią, że Szekspir do prawie każdej sztuki ładuje trzy razy za dużo osób, to proszę z pamięci powiedzieć, z którego utworu pochodzą i jaka była rola: Voltemanda, Curana, Seytona lub Tressela). To ostatnie widać już w prologu, którego bohaterowie są łaskawi szybko zginąć i nie zawracać dłużej głowy czytelnikowi.  Ten stan rzeczy ma pewne zalety – z wielu postaci można sobie wybrać ulubioną (jak już się je zacznie rozróżniać). I mieć nadzieję, że autor łaskawie ją oszczędzi do następnego tomu. Jednak gdy czytałam jakoś nikt mi się specjalnie nie podobał. (Po obejrzeniu na youtube fragmentów serialu, nawiasem mówiąc – lepszego od książki, urządziłam coś w rodzaju konkursu na moją ulubioną postać – będzie to Tywin albo Brienne, albo Jaime, albo Petyr – w zależności od tego, które z nich najdłużej przeżyje). Wadą (w moim odczuciu) obu książek jest zbyt duża ilość tzw. „momentów” (nie chcę nazywać rzeczy po imieniu, ale łaskawy czytelnik sam sobie słowa moje przełoży na język Arystofanesa). Dalej – brak oryginalności, czyli poczucie, że to wszystko już czytałam, tyle że w lepszym wydaniu. Od razu widać, że np. słowa Tywina: „Any man who must say <<I am the king>> is no true king” to przeróbka z Margaret Thatcher. Kolejna wada (pierwszego tomu): nie pisanie z perspektywy najciekawszych postaci, czyli Petyra, Jaime’go, Cersei czy Tywina. Dalej: motor wydarzeń, sedno opowieści wydaje mi się niewiarygodnie błahe. Dla mnie stwierdzenie, że tron należy się najstarszemu legalnemu synowi króla wcale nie jest oczywiste. Bo niby czemu? W pewnym momencie nie mogłam powstrzymać myśli, że wszyscy pretendenci do Żelaznego Tronu mogliby najzwyczajniej w świecie urządzić wolną elekcję i byłoby po kłopocie. Jednak najbardziej irytującą cechą GoT  jest budowa tego dzieła, a właściwie jej brak. Powieść mogłaby równie dobrze kończyć się dwieście stron wcześniej lub później. Zero kompozycji, olbrzymia część wątków nie jest zamknięta i ma się wrażenie, trochę jak przy pierwszym „Hobbicie” Jacksona, że to tylko długi zwiastun kolejnych części.

„Cień wiatru” to książka o kilka poziomów lepsza. Dużo rzadziej musiałam przerywać lekturę, by przewracać oczami. Bohaterów znacznie mniej i dzięki temu ich charaktery zostały bardziej pogłębione. Fermin, Nuria Monfort czy Gustav Barceló nie są rysowani grubymi kreskami i każde ma jakąś osobowość, którą po przeczytaniu powieści dałoby się opisać; w przypadku GoT to niemożliwe, bo albo autor nic nie napisał, albo napisał, ale czytelnik już zapomniał (znów kłania się Szekspir – opiszcie z głowy charakter Fortynbrasa, Poloniusza, Rosencrantza, Guildensterna…). Styl dobry – nie jakiś szczególnie wybitny, ale w zupełności zadowalający, czego o GoT powiedzieć nie można. No i kompozycja – wprost modelowy przykład, jak stworzyć klamrę łączącą początek z końcem. Sam pomysł Cmentarza Zapomnianych Książek intrygujący, szkoda, że mało rozwinięty. To nie jest książka wybitna, ale też nie bardzo zła. Chyba nie gorsza od tych Tołstojów i Dostojewskich, tyle, że w moich ustach nie jest to wielki komplement, bo nie cenię specjalnie ani „Anny Kareniny”, ani „Zbrodni i kary”. Nie gorsza jeśli chodzi o przyjemność czytania, bo nie wydaje mi się, by prezentowała jakieś idee, równie ważkie i fałszywe. Pozostaje jednak przyjemnym panegirykiem dla bibliofilów. Krótko mówiąc: da się czytać. Chociaż raczej nie wezmę do rąk kolejnej powieści Zafóna.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Kubek pełen malin

Nie, to nie jest recenzja „Balladyny” ;)

Jeśli nie macie co czytać, to polecam nowy tomik Rymkiewicza. Jeśli nudzicie się, to polecam nowy tomik Rymkiewicza. Jeśli potrzebujecie prezentu dla kogoś, to polecam nowy tomik Rymkiewicza. Jeśli lubicie świetną, melodyjną i ciekawą poezję… Słowem, zdobądźcie „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie”. Koniecznie.

Znam kilka dzieł tego poety. Zaczęło się od rzeczy o Słowackim, potem był „Zachód słońca w Milanówku” i „Wielki książę”. W sumie mały ułamek tego, co napisał. Ciężko mi się więc odwoływać do reszty twórczości, porównywać. Mogę tylko stwierdzić, że „Koniec lata…” jest lepszy od „Zachodu słońca…”. Mało powiedziane. To chyba najlepszy tomik poezji, jaki zdarzyło mi się czytać, a czytałam ich trochę. No dobrze, już kończę ten irytujący wstęp i tłumaczę się z pisania w samych superlatywach.

Po pierwsze, tomik jest interesujący. Ciekawi mnie to, co czytam, rozumiem to i myślę o tym. Jak by to wyjaśnić… jaśniej? Nie dawniej jak dziś rano miałam w ręku wybór wierszy Rainera Marii Rilke, ale gdy tylko przewracałam stronę, zupełnie zapominałam, o czym w ogóle była mowa w poprzednim utworze. A po kilku godzinach… Pustka w głowie. Coś chyba było, że Bóg jest ciemny. Rymkiewicza czytałam może tydzień temu. O czym pisał? Już mówię: o naturze, o przemijaniu, o Jaruzelskim – Popielu, o rozmaitych poetach (Lechoń, Iwaszkiewicz, Staff), o snach (zdaje się, że ze trzy wiersze), o kolejce WKD, o ciszy… Sprawdzam. Rzeczywiście, jest wszystko, co wymieniłam. Krew płynie z góry na dół i z dołu do góry, i skaczą po ogrodzie zielone trzynogi. A więc (jak mówi Kiliński, a za nim Fredro), tematyka zapada w pamięć. Ale co jeszcze lepsze, same wiersze po trzykrotnym przeczytaniu można recytować z głowy. No dobrze, może nie wszystkie. Ale na pewno: „W kolejce WKD”, „Lechoń”, czy „Jak pisać oktostychy”. Ten ostatni szalenie mi się spodobał i najchętniej przytoczyłabym go w całości, ale chyba będę to mogła zrobić legalnie za jakieś siedemdziesiąt lat. Cóż, zaczyna się: Dobrze jest – słysząc osy brzęczące w oddali / Postawić im na stole kubek pełen malin, pozostałe sześć linijek czeka na stronie 44. Fonetycznych kilka pomysłów poety sprawia, że nie można przestać powtarzać w myślach: Jedna ma rude loczki a druga warkoczyk / Trzymają się za ręce patrzą sobie w oczy, albo: Troszkę jest umarła i widmowa troszkę / Wkłada pantofelek na zgniłą pończoszkę. A już zupełnie nie umiałam się uwolnić od: Śnił mi się bal maskowy w Pałacu Staszica, kiedy akurat miałam okazję trafić do tego budynku. „Bal w Pałacu Staszica” to kolejny wiersz, który zapamiętuje się momentalnie. I kolejna przyczyna mojego zachwytu nad „Końcem lata…”. Teraz będzie trochę prywata, przepraszam z góry. W pięciu wierszach znalazłam mniej lub bardziej widoczne nawiązania do Juliusza Słowackiego (w czterech trudno by ich było nie znaleźć, piąty „Po zabiciu Minotaura Tezeusz idzie na spacer z Ariadną i Fredrą” zawiera nawiązanie – chyba świadome, bo przecież Rymkiewicz jest znawcą poezji Wieszcza – do linijek: Więc obie kochać, a jedną zaślubić? / Lecz którą kochać? którą tylko lubić?). Ponieważ należę do (niestety) mniejszości przekładającej go nad Mickiewicza, trudno nie być wdzięcznym, nie polubić kogoś, kto pisze o Juliuszu tak, jakby był jego przyjacielem. I niewątpliwie nim jest. A przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi.

Wracam do tematu. W zasadzie tylko po to, by powtórzyć: w jednym tomiku znalazło się nadspodziewanie dużo naprawdę dobrych wierszy. Często zdarza się, że w całym zbiorze można znaleźć dwa - trzy ciekawe wiersze. Tutaj jest ich czterdzieści trzy. Kubek pełen malin.

wtorek, 2 czerwca 2015

Nikaragua to idea

Gilbert Keith Chesterton. Ilekroć przeczytam jego książkę, myślę: nigdy więcej. A dwa miesiące później sięgam po kolejną. To nie jest zły pisarz, on jest jedynie niezwykle irytujący dla ściśle myślącego czytelnika. Nawet nie cały czas, tylko momentami. Owych momentów jest zależnie od dzieła mniej lub więcej. W „Napoleonie z Notting Hill” – więcej.

Rzecz dzieje się w Londynie za sto lat. Jeśli w sto lat od wydania – to w 2004. Na świecie panuje świecki spokój, wszyscy są niemal identycznie bezbarwni, a króla wybiera się przez losowanie. I właśnie królem zostaje niejaki Oberon, który przekształca kraj w wielki dowcip – tworzy Przywilej Miast, który ustanawia osobne władze w każdej z londyńskich dzielnic, ponadto nakazuje burmistrzom utrzymywać halabardników, ubierać się w przedpotopowe stroje itp. Króla rodem ze „Snu nocy letniej” bawi niezmiernie zmuszanie ludzi uważających się za rozsądnych i poważnych do udziału w błazenadzie. Aż pewnego dnia znajduje się człowiek, który traktuje dowcip poważnie, w którym Przywilej Miast wywołał przypływ patriotyzmu – Adam Wayne, burmistrz Notting Hill. Reszta stron poświęcona jest opisowi zatargu owego Wayne’a z burmistrzami sąsiednich dzielnic, pragnącymi poprowadzić nową ulicę przechodzącą przez Notting Hill, na co ten pierwszy się nie zgadza.

Bohaterowie dzieła to karykatury. Kpiarz i fanatyk. Kreślenie charakterów w ten sposób irytuje, bo trudno zorientować się, czy autor chce ich postawy chwalić, czy się z nich naśmiewać. Gdyby to był jakikolwiek inny autor, Molier, Krasicki… Gdyby ktoś normalny… sprawa byłaby oczywista – parodia, satyra. Gdyby… Ale to napisał właśnie Chesterton. Zwykle pisarze w komediach naśmiewają się z cech, których we własnym mniemaniu nie posiadają, z poglądów, których nie wyznają i z ludzi, którymi nie są. W tym wypadku wszystko wskazuje na to, że autor obdarzył bohaterów swoimi własnymi ideami i osobowością, doprowadzonymi do absurdu, który tak lubi (vide tytuł wpisu). I że jednocześnie pokazuje ich śmieszność (Wayne próbujący przekonać do walki kupca korzennego i aptekarza, król wymyślający herby i stroje dla dzielnic) i broni ich postaw.

Ale dlaczego wracam wciąż do Chestertona? Bywa irytujący, to prawda. Ale bywa też genialny. On sam w którymś felietonie (chyba w „Romantyzmie oszczędności” z „Obrony rozumu”) pisał: „Ludzkie urządzenie ma niewyczerpany zasób możliwości, więc obojętne jak długa, jak smętnie bezowocna była nasza znajomość z tym akurat egzemplarzem, wcale nie wiadomo, czy w chwili, kiedy wzniesiemy nóż do ciosu, egzemplarz nie wygłosi nagle jakiegoś epigramatu tak wybornego, że warto było żyć, żeby go usłyszeć (…)”. Na tej prawdzie zasadza się moja obrona Chestertona. Spośród 220 stron „Napoleona z Notting Hill”, pierwsza połowa jest średnio ciekawa, druga nieco lepsza, ale trzy fragmenty czynią książkę wartą przeczytania. Są to rozdział pierwszy pt. „Wstępne uwagi o sztuce przepowiadania przyszłości”, zdanie Wayna na temat wojen religijnych i rozdział ostatni pt. „Dwa głosy”. Pierwszy uderza w przemądrzałych intelektualistów, drugie mówi, że nie warto sprzeczać się o nic, prócz idei, trzeci… doczytajcie sami.

 W trakcie lektury należy powstrzymywać się przed ciskaniem książką o podłogę.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

O rzeczach wszystkich i niektórych innych, czyli ni to wstęp, ni to manifest

Powinnam chyba napisać jakiś wstęp. To znaczy wytłumaczyć się. O co chodzi w tej dziwnej łacińskiej sentencji, dlaczego "światy trzecie" i po co w ogóle zakładam bloga. Dobrze. Po kolei.

Zdanie "De omnibus rebus et quibusdam aliis" znalazłam kiedyś w "Dicta" (zbiór łacińskich sentencji, przysłów, zwrotów, powiedzeń) i spodobała mi się jego paradoksalność. Wiara, że oprócz "rzeczy wszystkich" istnieją jeszcze inne.

"Światy trzecie" pochodzą z "Beniowskiego" (patrz cytat u góry strony). Lubię poematy, najlepiej dygresyjne i pisane oktawą. Są cudownie melodyjne. No i sama wymowa cytatu: "światy trzecie" to nie nudna rzeczywistość i nie idealne niebo. Światy trzecie to literatura. O tym zapewne głównie będzie blog. Trochę recenzji rzeczy starszych i nowszych, trochę (mam nadzieję) niekonwencjonalnych zestawień dzieł, może ciekawostki o pisarzach i mniej znane wiersze różnych autorów. Ale ponieważ miało być o wszystkim, to zapewne trafią się tematy spoza literatury.

Jeszcze pytanie "po co?". Zawsze trzeba je sobie zadawać; to jedno z najważniejszych pytań, jakie postawiono. Jeśli coś jest bez celu, jest też bez sensu, a sens to wielka wartość, chroniąca przed chaosem i beznadzieją. A więc? Po pierwsze, może się ta moja twórczość komuś przyda. Po drugie, chcę sprawdzić, czy umiem pisać, czy mi się tylko wydawało. Ale najważniejsze jest wyrażenie i zapisanie myśli. Wnętrze mojej głowy wygląda mniej więcej jak abstrakcyjne obrazy, na których schody prowadzą z góry na dół i z dołu do góry (w dodatku nie wiadomo, gdzie jest góra, a gdzie dół). Czasami dopiero pisząc dowiaduję się, co myślę na dany temat. A część tego, o czym myślę, chciałabym ocalić od zapomnienia.