Nie, to nie jest recenzja „Balladyny” ;)
Jeśli nie macie co czytać, to polecam nowy tomik
Rymkiewicza. Jeśli nudzicie się, to polecam nowy tomik Rymkiewicza. Jeśli
potrzebujecie prezentu dla kogoś, to polecam nowy tomik Rymkiewicza. Jeśli
lubicie świetną, melodyjną i ciekawą poezję… Słowem, zdobądźcie „Koniec lata w
zdziczałym ogrodzie”. Koniecznie.
Znam kilka dzieł tego poety. Zaczęło się od rzeczy o
Słowackim, potem był „Zachód słońca w Milanówku” i „Wielki książę”. W sumie
mały ułamek tego, co napisał. Ciężko mi się więc odwoływać do reszty
twórczości, porównywać. Mogę tylko stwierdzić, że „Koniec lata…” jest lepszy od
„Zachodu słońca…”. Mało powiedziane. To chyba najlepszy tomik poezji, jaki
zdarzyło mi się czytać, a czytałam ich trochę. No dobrze, już kończę ten
irytujący wstęp i tłumaczę się z pisania w samych superlatywach.
Po pierwsze, tomik jest interesujący. Ciekawi mnie to, co czytam, rozumiem to i myślę o tym. Jak by to wyjaśnić…
jaśniej? Nie dawniej jak dziś rano miałam w ręku wybór wierszy Rainera Marii
Rilke, ale gdy tylko przewracałam stronę, zupełnie zapominałam, o czym w ogóle
była mowa w poprzednim utworze. A po kilku godzinach… Pustka w głowie. Coś
chyba było, że Bóg jest ciemny. Rymkiewicza czytałam może tydzień temu. O czym
pisał? Już mówię: o naturze, o przemijaniu, o Jaruzelskim – Popielu, o rozmaitych
poetach (Lechoń, Iwaszkiewicz, Staff), o snach (zdaje się, że ze trzy wiersze),
o kolejce WKD, o ciszy… Sprawdzam. Rzeczywiście, jest wszystko, co wymieniłam. Krew płynie z góry na dół i z dołu do góry,
i skaczą po ogrodzie zielone trzynogi.
A więc (jak mówi Kiliński, a za nim Fredro), tematyka zapada w pamięć. Ale co
jeszcze lepsze, same wiersze po trzykrotnym przeczytaniu można recytować z
głowy. No dobrze, może nie wszystkie. Ale na pewno: „W kolejce WKD”, „Lechoń”,
czy „Jak pisać oktostychy”. Ten ostatni szalenie mi się spodobał i najchętniej
przytoczyłabym go w całości, ale chyba będę to mogła zrobić legalnie za jakieś
siedemdziesiąt lat. Cóż, zaczyna się: Dobrze
jest – słysząc osy brzęczące w oddali / Postawić im na stole kubek pełen malin,
pozostałe sześć linijek czeka na stronie 44. Fonetycznych kilka pomysłów poety sprawia, że nie można przestać
powtarzać w myślach: Jedna ma rude loczki
a druga warkoczyk / Trzymają się za ręce patrzą sobie w oczy, albo: Troszkę jest umarła i widmowa troszkę /
Wkłada pantofelek na zgniłą pończoszkę. A już zupełnie nie umiałam się
uwolnić od: Śnił mi się bal maskowy w Pałacu
Staszica, kiedy akurat miałam okazję trafić do tego budynku. „Bal w Pałacu
Staszica” to kolejny wiersz, który zapamiętuje się momentalnie. I kolejna
przyczyna mojego zachwytu nad „Końcem lata…”. Teraz będzie trochę prywata,
przepraszam z góry. W pięciu wierszach znalazłam mniej lub bardziej widoczne
nawiązania do Juliusza Słowackiego (w czterech trudno by ich było nie znaleźć,
piąty „Po zabiciu Minotaura Tezeusz idzie na spacer z Ariadną i Fredrą” zawiera
nawiązanie – chyba świadome, bo przecież Rymkiewicz jest znawcą poezji Wieszcza
– do linijek: Więc obie kochać, a jedną
zaślubić? / Lecz którą kochać? którą tylko lubić?). Ponieważ należę do
(niestety) mniejszości przekładającej go nad Mickiewicza, trudno nie być
wdzięcznym, nie polubić kogoś, kto pisze o Juliuszu tak, jakby był jego
przyjacielem. I niewątpliwie nim jest. A przyjaciele moich przyjaciół są moimi
przyjaciółmi.
Wracam do tematu. W zasadzie tylko po to, by powtórzyć: w
jednym tomiku znalazło się nadspodziewanie dużo naprawdę dobrych wierszy.
Często zdarza się, że w całym zbiorze można znaleźć dwa - trzy ciekawe wiersze.
Tutaj jest ich czterdzieści trzy. Kubek
pełen malin.