piątek, 3 lipca 2015

Nie mój romantyzm

„Romantyzmów” było (jest?) co najmniej tyle, ile romantyków. Wersja „Byronowska”. „Walterscottowska”. Jenajska. Patriotyczna. Ludowa. Ciemna. Gotycka. Frenetyczna. Orientalna. Mistyczna. Mesjanistyczna. Rewolucyjna. Ironiczna. I poważno-ponura. „Pieśni Osjana” niestety zaliczają się do tej ostatniej kategorii.

Dzieło to, wielka mistyfikacja, odegrało w historii dużą rolę, mimo że wcale nie było przekładem gaelickiego rękopisu pochodzącego z trzeciego wieku, jak utrzymywał Macpherson. Adam Zamoyski: „Osjan otworzył nowe obszary wyobraźni. Odwrócił uwagę od związanego z Morzem Śródziemnym i łaciną świata klasycznego, który zdawał się wykluczać Niemców, i skierował ją ponownie na tonącą w mgłach Północ. Nadał zmysłowy charakter wiatrowi i deszczowi”. Waldemar Łyskiak: „Łgarz Macpherson dokonał wielkiej rzeczy: stworzył apokryf XVIII wieku, fałszerstwo, które uskrzydliło dusze wszystkich Romantyków, i które miało olbrzymi wpływ inicjujący tudzież stymulujący wobec Romantyzmu, bo wzbudzało zainteresowanie Średniowieczem i poezją ludową (dwa ważne atrybuty doktryny romantycznej) i wyzwoliło Niagarę literackich oraz artystycznych działań”. Słowem, bez tej książki nie byłoby sporej części literatury romantycznej, w tym być może „Lilli Wenedy” (a gdyby nawet istniała, to zapewne bez harfiarzy i Derwida, czyli w zupełnie innym kształcie). Nie byłoby niektórych obrazów, m. in. Ingresa i Gerarda. Podejrzewam, że nie byłoby też serialu „Wikingowie”, „Pieśni lodu i ognia”, ani zespołu Omnia (czyli zainteresowania sagami, literatury fantasy ani muzyki celtyckiej). Oto siła jednego apokryfu…

Jak widać, rzeczone dzieło jest historycznie doniosłe. Jednakże podzieliło los wielu bestsellerów z początku dziewiętnastego wieku (np. powieści pani de Stael i pani Sand), czyli nieliczne istniejące egzemplarze (najczęściej wydań sprzed pół wieku) trafiły na półki bibliotek, skąd rzadko ktokolwiek je wyciąga. Po lekturze mogę stwierdzić tylko: i bardzo słusznie. Książkę tę obciążam wyłącznie jednym, lecz poważnym zarzutem: jest koszmarnie nudna. Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest uskarżanie się gimnazjalisty, że w Sienkiewiczu czy Orzeszkowej jest „za dużo opisów”. Chodzi o to, że wszystkie postaci są niemal identyczne, kolejne pieśni nierozróżnialne, a każda bohaterka „białopiersia”.

Już jej nie nazwie nikt w pieśni dziewczyną,
Lecz musi nazwać posępnie dziewicą,
A kochanek jej, jak Fingal lub Ryno,
W chmurach skłębionych igra z błyskawicą

Autor ani na chwilę nie porzuca swojego poważno-ponurego tonu. Tej książki się nie czyta – przez nią się brnie jak przez moczary. Proces lektury można by też porównać z błądzeniem we mgle – cały czas identyczna biel przed oczyma, a do celu, czyli ostatniej strony, wciąż daleko. Pozostaje pytanie, jakim cudem mogło się to podobać Goethemu, Mendelssohnowi, Jeffersonowi i Napoleonowi. Cóż, de gustibus…
Anne-Louis Girodet de Roussy-Trioson Apoteoza bohaterów francuskich poległych za ojczyznę (Osjan wita bohaterów francuskich), 1801, Malmaison Château

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz