czwartek, 11 czerwca 2015

Gra niewarta świeczki i cień Dostojewskiego

Swego czasu dostałam na urodziny dwie książki kwalifikujące się jako „długie” (w mojej ocenie powieść „krótka” ma do 200 stron, „długa” powyżej 500, a „bardzo długa” powyżej 900). Według okładek autorem pierwszej książki był „jeden z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki”, którego każda książka „jest entuzjastycznie przyjmowana przez czytelników i krytykę”. Drugi „za swoich mistrzów uznaje Dostojewskiego, Lwa Tołstoja, Dickensa”, co ma chyba przekonać czytelnika, że obcuje z kulturą wysoką. No cóż. Rzeczone cegły to „Gra o Tron” George’a R. R. Martina i „Cień wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna.

Dawno, dawno temu w Westros żyło sobie mnóstwo szlachetnych rodów, z których każdy miał swoje interesy, które zbyt często okazywały się zupełnie sprzeczne. Dawno, dawno temu był sobie Żelazny Tron, wykłuty podobno z tysiąca mieczy, na którym wiecznie chciało siedzieć więcej osób, niż się mieściło. A teraz fabuła w pigułce: wojny, intrygi, zbrodnie i romanse. Czyli tematyka pozornie obiecująca.

Nie tak dawno temu w Barcelonie żyli księgarz, syn, pisarz, inspektor i jeszcze kilka osób. Książka ta to właściwie dwie przeplatające się, połączone analogiami historie o wspólnym końcu. Trochę w stylu kryminału, bo o kolejnych faktach dowiadujemy się razem z odkrywającym przeszłość głównym bohaterem. Czas: lata 1945-1966. Miejsce: Barcelona.

Zetknęłam się z określeniem cyklu „Pieśń lodu i ognia” mianem „szekspirowski”. Coś w tym jest – w końcu i tu i tu mamy mnóstwo intryg, trupów i bohaterów, których nie sposób spamiętać (jeśli ktoś nie zgadza się z moją opinią, że Szekspir do prawie każdej sztuki ładuje trzy razy za dużo osób, to proszę z pamięci powiedzieć, z którego utworu pochodzą i jaka była rola: Voltemanda, Curana, Seytona lub Tressela). To ostatnie widać już w prologu, którego bohaterowie są łaskawi szybko zginąć i nie zawracać dłużej głowy czytelnikowi.  Ten stan rzeczy ma pewne zalety – z wielu postaci można sobie wybrać ulubioną (jak już się je zacznie rozróżniać). I mieć nadzieję, że autor łaskawie ją oszczędzi do następnego tomu. Jednak gdy czytałam jakoś nikt mi się specjalnie nie podobał. (Po obejrzeniu na youtube fragmentów serialu, nawiasem mówiąc – lepszego od książki, urządziłam coś w rodzaju konkursu na moją ulubioną postać – będzie to Tywin albo Brienne, albo Jaime, albo Petyr – w zależności od tego, które z nich najdłużej przeżyje). Wadą (w moim odczuciu) obu książek jest zbyt duża ilość tzw. „momentów” (nie chcę nazywać rzeczy po imieniu, ale łaskawy czytelnik sam sobie słowa moje przełoży na język Arystofanesa). Dalej – brak oryginalności, czyli poczucie, że to wszystko już czytałam, tyle że w lepszym wydaniu. Od razu widać, że np. słowa Tywina: „Any man who must say <<I am the king>> is no true king” to przeróbka z Margaret Thatcher. Kolejna wada (pierwszego tomu): nie pisanie z perspektywy najciekawszych postaci, czyli Petyra, Jaime’go, Cersei czy Tywina. Dalej: motor wydarzeń, sedno opowieści wydaje mi się niewiarygodnie błahe. Dla mnie stwierdzenie, że tron należy się najstarszemu legalnemu synowi króla wcale nie jest oczywiste. Bo niby czemu? W pewnym momencie nie mogłam powstrzymać myśli, że wszyscy pretendenci do Żelaznego Tronu mogliby najzwyczajniej w świecie urządzić wolną elekcję i byłoby po kłopocie. Jednak najbardziej irytującą cechą GoT  jest budowa tego dzieła, a właściwie jej brak. Powieść mogłaby równie dobrze kończyć się dwieście stron wcześniej lub później. Zero kompozycji, olbrzymia część wątków nie jest zamknięta i ma się wrażenie, trochę jak przy pierwszym „Hobbicie” Jacksona, że to tylko długi zwiastun kolejnych części.

„Cień wiatru” to książka o kilka poziomów lepsza. Dużo rzadziej musiałam przerywać lekturę, by przewracać oczami. Bohaterów znacznie mniej i dzięki temu ich charaktery zostały bardziej pogłębione. Fermin, Nuria Monfort czy Gustav Barceló nie są rysowani grubymi kreskami i każde ma jakąś osobowość, którą po przeczytaniu powieści dałoby się opisać; w przypadku GoT to niemożliwe, bo albo autor nic nie napisał, albo napisał, ale czytelnik już zapomniał (znów kłania się Szekspir – opiszcie z głowy charakter Fortynbrasa, Poloniusza, Rosencrantza, Guildensterna…). Styl dobry – nie jakiś szczególnie wybitny, ale w zupełności zadowalający, czego o GoT powiedzieć nie można. No i kompozycja – wprost modelowy przykład, jak stworzyć klamrę łączącą początek z końcem. Sam pomysł Cmentarza Zapomnianych Książek intrygujący, szkoda, że mało rozwinięty. To nie jest książka wybitna, ale też nie bardzo zła. Chyba nie gorsza od tych Tołstojów i Dostojewskich, tyle, że w moich ustach nie jest to wielki komplement, bo nie cenię specjalnie ani „Anny Kareniny”, ani „Zbrodni i kary”. Nie gorsza jeśli chodzi o przyjemność czytania, bo nie wydaje mi się, by prezentowała jakieś idee, równie ważkie i fałszywe. Pozostaje jednak przyjemnym panegirykiem dla bibliofilów. Krótko mówiąc: da się czytać. Chociaż raczej nie wezmę do rąk kolejnej powieści Zafóna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz