Swego czasu dostałam na urodziny dwie książki kwalifikujące
się jako „długie” (w mojej ocenie powieść „krótka” ma do 200 stron, „długa”
powyżej 500, a „bardzo długa” powyżej 900). Według okładek autorem pierwszej
książki był „jeden z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki”, którego każda
książka „jest entuzjastycznie przyjmowana przez czytelników i krytykę”. Drugi
„za swoich mistrzów uznaje Dostojewskiego, Lwa Tołstoja, Dickensa”, co ma chyba
przekonać czytelnika, że obcuje z kulturą wysoką. No cóż. Rzeczone cegły to
„Gra o Tron” George’a R. R. Martina i „Cień wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna.
Dawno, dawno temu w Westros żyło sobie mnóstwo szlachetnych
rodów, z których każdy miał swoje interesy, które zbyt często okazywały się
zupełnie sprzeczne. Dawno, dawno temu był sobie Żelazny Tron, wykłuty podobno z
tysiąca mieczy, na którym wiecznie chciało siedzieć więcej osób, niż się
mieściło. A teraz fabuła w pigułce: wojny, intrygi, zbrodnie i romanse. Czyli
tematyka pozornie obiecująca.
Nie tak dawno temu w Barcelonie żyli księgarz, syn, pisarz, inspektor
i jeszcze kilka osób. Książka ta to właściwie dwie przeplatające się, połączone
analogiami historie o wspólnym końcu. Trochę w stylu kryminału, bo o kolejnych
faktach dowiadujemy się razem z odkrywającym przeszłość głównym bohaterem.
Czas: lata 1945-1966. Miejsce: Barcelona.
Zetknęłam się z określeniem cyklu „Pieśń lodu i ognia”
mianem „szekspirowski”. Coś w tym jest – w końcu i tu i tu mamy mnóstwo intryg,
trupów i bohaterów, których nie sposób spamiętać (jeśli ktoś nie zgadza się z
moją opinią, że Szekspir do prawie każdej sztuki ładuje trzy razy za dużo osób,
to proszę z pamięci powiedzieć, z którego utworu pochodzą i jaka była rola:
Voltemanda, Curana, Seytona lub Tressela). To ostatnie widać już w prologu,
którego bohaterowie są łaskawi szybko zginąć i nie zawracać dłużej głowy
czytelnikowi. Ten stan rzeczy ma pewne
zalety – z wielu postaci można sobie wybrać ulubioną (jak już się je zacznie
rozróżniać). I mieć nadzieję, że autor łaskawie ją oszczędzi do następnego
tomu. Jednak gdy czytałam jakoś nikt mi się specjalnie nie podobał. (Po
obejrzeniu na youtube fragmentów serialu, nawiasem mówiąc – lepszego od
książki, urządziłam coś w rodzaju konkursu na moją ulubioną postać – będzie to
Tywin albo Brienne, albo Jaime, albo Petyr – w zależności od tego, które z nich
najdłużej przeżyje). Wadą (w moim odczuciu) obu książek jest zbyt duża ilość
tzw. „momentów” (nie chcę nazywać rzeczy
po imieniu, ale łaskawy czytelnik sam sobie słowa moje przełoży na język
Arystofanesa). Dalej – brak oryginalności, czyli poczucie, że to wszystko
już czytałam, tyle że w lepszym wydaniu. Od razu widać, że np. słowa Tywina: „Any
man who must say <<I am the king>> is no true king” to przeróbka z
Margaret Thatcher. Kolejna wada (pierwszego tomu): nie pisanie z perspektywy
najciekawszych postaci, czyli Petyra, Jaime’go, Cersei czy Tywina. Dalej: motor
wydarzeń, sedno opowieści wydaje mi się niewiarygodnie błahe. Dla mnie
stwierdzenie, że tron należy się najstarszemu legalnemu synowi króla wcale nie
jest oczywiste. Bo niby czemu? W pewnym momencie nie mogłam powstrzymać myśli,
że wszyscy pretendenci do Żelaznego Tronu mogliby najzwyczajniej w świecie
urządzić wolną elekcję i byłoby po kłopocie. Jednak najbardziej irytującą cechą
GoT jest budowa tego dzieła, a właściwie
jej brak. Powieść mogłaby równie dobrze kończyć się dwieście stron wcześniej
lub później. Zero kompozycji, olbrzymia część wątków nie jest zamknięta i ma
się wrażenie, trochę jak przy pierwszym „Hobbicie” Jacksona, że to tylko długi
zwiastun kolejnych części.
„Cień wiatru” to książka o kilka poziomów lepsza. Dużo rzadziej
musiałam przerywać lekturę, by przewracać oczami. Bohaterów znacznie mniej i
dzięki temu ich charaktery zostały bardziej pogłębione. Fermin, Nuria Monfort
czy Gustav Barceló nie są rysowani grubymi kreskami i każde ma jakąś osobowość,
którą po przeczytaniu powieści dałoby się opisać; w przypadku GoT to
niemożliwe, bo albo autor nic nie napisał, albo napisał, ale czytelnik już
zapomniał (znów kłania się Szekspir – opiszcie z głowy charakter Fortynbrasa,
Poloniusza, Rosencrantza, Guildensterna…). Styl dobry – nie jakiś szczególnie
wybitny, ale w zupełności zadowalający, czego o GoT powiedzieć nie można. No i
kompozycja – wprost modelowy przykład, jak stworzyć klamrę łączącą początek z
końcem. Sam pomysł Cmentarza Zapomnianych Książek intrygujący, szkoda, że mało
rozwinięty. To nie jest książka wybitna, ale też nie bardzo zła. Chyba nie
gorsza od tych Tołstojów i Dostojewskich, tyle, że w moich ustach nie jest to
wielki komplement, bo nie cenię specjalnie ani „Anny Kareniny”, ani „Zbrodni i
kary”. Nie gorsza jeśli chodzi o przyjemność czytania, bo nie wydaje mi się, by
prezentowała jakieś idee, równie ważkie i fałszywe. Pozostaje jednak przyjemnym
panegirykiem dla bibliofilów. Krótko mówiąc: da się czytać. Chociaż raczej nie
wezmę do rąk kolejnej powieści Zafóna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz