wtorek, 2 czerwca 2015

Nikaragua to idea

Gilbert Keith Chesterton. Ilekroć przeczytam jego książkę, myślę: nigdy więcej. A dwa miesiące później sięgam po kolejną. To nie jest zły pisarz, on jest jedynie niezwykle irytujący dla ściśle myślącego czytelnika. Nawet nie cały czas, tylko momentami. Owych momentów jest zależnie od dzieła mniej lub więcej. W „Napoleonie z Notting Hill” – więcej.

Rzecz dzieje się w Londynie za sto lat. Jeśli w sto lat od wydania – to w 2004. Na świecie panuje świecki spokój, wszyscy są niemal identycznie bezbarwni, a króla wybiera się przez losowanie. I właśnie królem zostaje niejaki Oberon, który przekształca kraj w wielki dowcip – tworzy Przywilej Miast, który ustanawia osobne władze w każdej z londyńskich dzielnic, ponadto nakazuje burmistrzom utrzymywać halabardników, ubierać się w przedpotopowe stroje itp. Króla rodem ze „Snu nocy letniej” bawi niezmiernie zmuszanie ludzi uważających się za rozsądnych i poważnych do udziału w błazenadzie. Aż pewnego dnia znajduje się człowiek, który traktuje dowcip poważnie, w którym Przywilej Miast wywołał przypływ patriotyzmu – Adam Wayne, burmistrz Notting Hill. Reszta stron poświęcona jest opisowi zatargu owego Wayne’a z burmistrzami sąsiednich dzielnic, pragnącymi poprowadzić nową ulicę przechodzącą przez Notting Hill, na co ten pierwszy się nie zgadza.

Bohaterowie dzieła to karykatury. Kpiarz i fanatyk. Kreślenie charakterów w ten sposób irytuje, bo trudno zorientować się, czy autor chce ich postawy chwalić, czy się z nich naśmiewać. Gdyby to był jakikolwiek inny autor, Molier, Krasicki… Gdyby ktoś normalny… sprawa byłaby oczywista – parodia, satyra. Gdyby… Ale to napisał właśnie Chesterton. Zwykle pisarze w komediach naśmiewają się z cech, których we własnym mniemaniu nie posiadają, z poglądów, których nie wyznają i z ludzi, którymi nie są. W tym wypadku wszystko wskazuje na to, że autor obdarzył bohaterów swoimi własnymi ideami i osobowością, doprowadzonymi do absurdu, który tak lubi (vide tytuł wpisu). I że jednocześnie pokazuje ich śmieszność (Wayne próbujący przekonać do walki kupca korzennego i aptekarza, król wymyślający herby i stroje dla dzielnic) i broni ich postaw.

Ale dlaczego wracam wciąż do Chestertona? Bywa irytujący, to prawda. Ale bywa też genialny. On sam w którymś felietonie (chyba w „Romantyzmie oszczędności” z „Obrony rozumu”) pisał: „Ludzkie urządzenie ma niewyczerpany zasób możliwości, więc obojętne jak długa, jak smętnie bezowocna była nasza znajomość z tym akurat egzemplarzem, wcale nie wiadomo, czy w chwili, kiedy wzniesiemy nóż do ciosu, egzemplarz nie wygłosi nagle jakiegoś epigramatu tak wybornego, że warto było żyć, żeby go usłyszeć (…)”. Na tej prawdzie zasadza się moja obrona Chestertona. Spośród 220 stron „Napoleona z Notting Hill”, pierwsza połowa jest średnio ciekawa, druga nieco lepsza, ale trzy fragmenty czynią książkę wartą przeczytania. Są to rozdział pierwszy pt. „Wstępne uwagi o sztuce przepowiadania przyszłości”, zdanie Wayna na temat wojen religijnych i rozdział ostatni pt. „Dwa głosy”. Pierwszy uderza w przemądrzałych intelektualistów, drugie mówi, że nie warto sprzeczać się o nic, prócz idei, trzeci… doczytajcie sami.

 W trakcie lektury należy powstrzymywać się przed ciskaniem książką o podłogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz