Gilbert Keith Chesterton. Ilekroć przeczytam jego książkę,
myślę: nigdy więcej. A dwa miesiące później sięgam po kolejną. To nie jest zły
pisarz, on jest jedynie niezwykle irytujący dla ściśle myślącego czytelnika.
Nawet nie cały czas, tylko momentami. Owych momentów jest zależnie od dzieła
mniej lub więcej. W „Napoleonie z Notting Hill” – więcej.
Rzecz dzieje się w Londynie za sto lat. Jeśli w sto lat od
wydania – to w 2004. Na świecie panuje świecki spokój, wszyscy są niemal
identycznie bezbarwni, a króla wybiera się przez losowanie. I właśnie królem zostaje
niejaki Oberon, który przekształca kraj w wielki dowcip – tworzy Przywilej
Miast, który ustanawia osobne władze w każdej z londyńskich dzielnic, ponadto
nakazuje burmistrzom utrzymywać halabardników, ubierać się w przedpotopowe
stroje itp. Króla rodem ze „Snu nocy letniej” bawi niezmiernie zmuszanie ludzi
uważających się za rozsądnych i poważnych do udziału w błazenadzie. Aż pewnego
dnia znajduje się człowiek, który traktuje dowcip poważnie, w którym Przywilej
Miast wywołał przypływ patriotyzmu – Adam Wayne, burmistrz Notting Hill. Reszta
stron poświęcona jest opisowi zatargu owego Wayne’a z burmistrzami sąsiednich
dzielnic, pragnącymi poprowadzić nową ulicę przechodzącą przez Notting Hill, na
co ten pierwszy się nie zgadza.
Bohaterowie dzieła to karykatury. Kpiarz i fanatyk. Kreślenie
charakterów w ten sposób irytuje, bo trudno zorientować się, czy autor chce ich
postawy chwalić, czy się z nich naśmiewać. Gdyby to był jakikolwiek inny autor,
Molier, Krasicki… Gdyby ktoś normalny… sprawa byłaby oczywista – parodia, satyra.
Gdyby… Ale to napisał właśnie Chesterton. Zwykle pisarze w komediach naśmiewają
się z cech, których we własnym mniemaniu nie posiadają, z poglądów, których nie
wyznają i z ludzi, którymi nie są. W tym wypadku wszystko wskazuje na to, że autor
obdarzył bohaterów swoimi własnymi ideami i osobowością, doprowadzonymi do
absurdu, który tak lubi (vide tytuł wpisu). I że jednocześnie pokazuje ich
śmieszność (Wayne próbujący przekonać do walki kupca korzennego i aptekarza, król
wymyślający herby i stroje dla dzielnic) i broni ich postaw.
Ale dlaczego wracam wciąż do Chestertona? Bywa
irytujący, to prawda. Ale bywa też genialny. On sam w którymś felietonie (chyba
w „Romantyzmie oszczędności” z „Obrony rozumu”) pisał: „Ludzkie urządzenie ma
niewyczerpany zasób możliwości, więc obojętne jak długa, jak smętnie bezowocna
była nasza znajomość z tym akurat egzemplarzem, wcale nie wiadomo, czy w
chwili, kiedy wzniesiemy nóż do ciosu, egzemplarz nie wygłosi nagle jakiegoś
epigramatu tak wybornego, że warto było żyć, żeby go usłyszeć (…)”. Na tej
prawdzie zasadza się moja obrona Chestertona. Spośród 220 stron „Napoleona z
Notting Hill”, pierwsza połowa jest średnio ciekawa, druga nieco lepsza, ale
trzy fragmenty czynią książkę wartą przeczytania. Są to rozdział pierwszy pt.
„Wstępne uwagi o sztuce przepowiadania przyszłości”, zdanie Wayna na temat
wojen religijnych i rozdział ostatni pt. „Dwa głosy”. Pierwszy uderza w przemądrzałych intelektualistów, drugie mówi, że nie warto
sprzeczać się o nic, prócz idei, trzeci… doczytajcie sami.W trakcie lektury należy powstrzymywać się przed ciskaniem książką o podłogę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz