„Romantyzmów” było (jest?) co najmniej tyle, ile romantyków.
Wersja „Byronowska”. „Walterscottowska”. Jenajska. Patriotyczna. Ludowa.
Ciemna. Gotycka. Frenetyczna. Orientalna. Mistyczna. Mesjanistyczna.
Rewolucyjna. Ironiczna. I poważno-ponura. „Pieśni Osjana” niestety zaliczają
się do tej ostatniej kategorii.
Dzieło to, wielka mistyfikacja, odegrało w historii dużą
rolę, mimo że wcale nie było przekładem gaelickiego rękopisu pochodzącego z
trzeciego wieku, jak utrzymywał Macpherson. Adam Zamoyski: „Osjan otworzył nowe
obszary wyobraźni. Odwrócił uwagę od związanego z Morzem Śródziemnym i łaciną
świata klasycznego, który zdawał się wykluczać Niemców, i skierował ją ponownie
na tonącą w mgłach Północ. Nadał zmysłowy charakter wiatrowi i deszczowi”. Waldemar
Łyskiak: „Łgarz Macpherson dokonał wielkiej rzeczy: stworzył apokryf XVIII
wieku, fałszerstwo, które uskrzydliło dusze wszystkich Romantyków, i które
miało olbrzymi wpływ inicjujący tudzież stymulujący wobec Romantyzmu, bo
wzbudzało zainteresowanie Średniowieczem i poezją ludową (dwa ważne atrybuty doktryny
romantycznej) i wyzwoliło Niagarę literackich oraz artystycznych działań”.
Słowem, bez tej książki nie byłoby sporej części literatury romantycznej, w tym
być może „Lilli Wenedy” (a gdyby nawet istniała, to zapewne bez harfiarzy i
Derwida, czyli w zupełnie innym kształcie). Nie byłoby niektórych obrazów, m.
in. Ingresa i Gerarda. Podejrzewam, że nie byłoby też serialu „Wikingowie”, „Pieśni
lodu i ognia”, ani zespołu Omnia (czyli zainteresowania sagami, literatury
fantasy ani muzyki celtyckiej). Oto siła jednego apokryfu…
Jak widać, rzeczone dzieło jest historycznie doniosłe.
Jednakże podzieliło los wielu bestsellerów z początku dziewiętnastego wieku (np.
powieści pani de Stael i pani Sand), czyli nieliczne istniejące egzemplarze
(najczęściej wydań sprzed pół wieku) trafiły na półki bibliotek, skąd rzadko
ktokolwiek je wyciąga. Po lekturze mogę stwierdzić tylko: i bardzo słusznie.
Książkę tę obciążam wyłącznie jednym, lecz poważnym zarzutem: jest koszmarnie
nudna. Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest uskarżanie się gimnazjalisty, że w
Sienkiewiczu czy Orzeszkowej jest „za dużo opisów”. Chodzi o to, że wszystkie postaci są
niemal identyczne, kolejne pieśni nierozróżnialne, a każda bohaterka „białopiersia”.
Już jej nie nazwie nikt w pieśni dziewczyną,
Lecz musi nazwać posępnie dziewicą,
A kochanek jej, jak Fingal lub Ryno,
W chmurach skłębionych igra z błyskawicą
Autor ani na chwilę nie porzuca swojego poważno-ponurego
tonu. Tej książki się nie czyta – przez nią się brnie jak przez moczary. Proces
lektury można by też porównać z błądzeniem we mgle – cały czas identyczna biel
przed oczyma, a do celu, czyli ostatniej strony, wciąż daleko. Pozostaje
pytanie, jakim cudem mogło się to podobać Goethemu, Mendelssohnowi,
Jeffersonowi i Napoleonowi. Cóż, de gustibus…
 |
| Anne-Louis Girodet de Roussy-Trioson Apoteoza bohaterów francuskich poległych za ojczyznę (Osjan wita bohaterów francuskich), 1801, Malmaison Château |